LINKI
• InsomniumARCHIWUM
design by gingery
Tracą na aktualności
Piosenki o wieczności
Pamiętniku, zatęskniłem
Spowiadam się tobie jednemu, że bardzo zgrzeszyłem.
Musiałem zamieszkać w morzu, żeby uświadomić sobie, że nie lubię ryb. Chociaż pociągały mnie do dna niezmierzone światłocienie, przezapomniały mi westchnienia planktonu i radości ikry, to jednak mam dość.
Nałykałem się słonej wody, jak Robinson. I tyleż co on straciłem.
Gdy bowiem wypełzłem na powierzchnię, niczym pierwsze płazy, na brzegu nikogo już nie było. Nic nie czekało, znalazło sobie lepsze więzienie. Bezpieczną klatkę bez okien.
Pustka okazała się być głębsza niż ocean.
Zapiski z roku 2007 są już tylko historią. Oby nie spotkał tej historii los rodem z Orwella.
Obym ja nie uległ ewaporacji.
Teraz idź, odwróć się plecami do dnia
i staw czoła
wielkiemu pyskowi bezbarwnej samotności…
Jestem tak zajebisty, że cytuję sam siebie.
Ciekawe, czy krasnale ogrodowe potrafią tak krakać?
Anyway, skoro nic tu nie ma, to ja wracam do morza.
Chociaż mówili mi, że ewolucja nie działa wstecz.
To ja, człowiek z pudełka, zakopany w gównie...
Czy podasz mi dłoń?
Alice in Chains
No i co?
Pierwszy raz o Tobie, nawet, jeśli o mnie.
Wszystkie emocje wyszły ze mnie i usiadły mi na plecach, czekając, kiedy upadnę po raz pierwszy. I żaden kmiotek z Cyreny nie pomoże mi ich dźwigać.
Żaden kociak nie otrze mi twarzy.
Could have lied, I’m such a fool
My eyes could never, never, never keep their cool…
Mogłem kłamać. Teraz czekam, aż Piłat zmyje ręce. Cokolwiek będzie, będzie.
Que serra, serra... whatever will be, will be…
Całe zło tego świata bierze się z zastanawiania. Niekoniecznie dlatego, że niewłaściwe osoby się za to biorą. Chodzi raczej o to, że zawsze należeć one będą do mniejszości. Może lepiej, żeby ktoś myślał za nas? To oczywiście śmiech z mej strony. Zajebałbym takiego myśliciela, jeszcze zanim pomyślałby za mnie, że chcę mu zajebać.
A jednak… nie mielibyśmy tych groteskowych problemów.
Showed her and I told her how
She struck me but I’m fucked up now…
Niby, kurwa, facet, a taka miętka sprawa.
Chcę replay ostatnich kilku godzin życia. Co najmniej trzech. Wiedziałbym, co robić.
Przebili mu serce, przebili duszę, jednak nie przeszło na wylot, co miało przejść. Niedobitki uczuć tryskają przerażone na prawo i lewo, tylko patrząc w zamieszaniu, gdzie by tu coś zajebać. Każdy chciałby coś podpierdolić dla siebie. Gdzie my żyjemy? W Zoo?
Na samym końcu zaciskam bez siły pięści. Nie marzę. Nie pytam. Nie rozpamiętuję.
Przez zaciśnięte pięści krzyczę najgłośniej.
Fender będzie już jutro.
Gdzieś ty się, kurwa, nie mył?
Widzisz, dziecino…
Zawijam się na parę dni z tego pięknego miasta.
Przecież i tak sierpień napoi mnie deszczem, ugłaszcze czułym końcowoletnim wiatrem, kiedy tylko wrócę i znów zacznę obijać swą zakapturzoną postać o zmęczone jak ja mury starówki. Sprawy mają się tak od wielu lat. To obustronny układ i nikt nie narzeka.
Ani sierpień, ani ja.
Kociaki miauczą all along the way.
The way through the life.
Ponadto, Fender Stratocaster zmierza w moim kierunku po nieugiętej trajektorii konieczności i nic już nie powstrzyma naszej ostatecznej fuzji. Będziemy nierozłączni przez resztę sierpniowych nocy…
Nights in white satin
Never reaching the end…
…a nawet dłużej.
Dobranoc,
Adieu.
Generalnie.
Kończy się rok, a nadzieja, że następny coś jeszcze zmieni, należy do takich, co dają na prawo i lewo. I nie wolno się z tego śmiać. Nie należy się również dziwić, że tylu jest głupich.
Skoro ich matka jest szmatą.
W głośnikach Coltrane. Z przyzwyczajenia miałem zamiar zacytować fragment jego utworu. Problem w tym, że w jego muzyce słów nie ma. To rodzaj uniwersalizmu.
Rodzaj czarów.
A kind of magic.
Nie ma co, skurwiłem się znojnie ostatnimi czasy, same zaś czasy robią się z każdym dniem bardziej surowe i nieprzyjazne. Mimo to, jest fajnie.
Przeżyłem pierwszy rok szkoły średniej, odnotować. Następny będzie przystępny. Wszystko jednakowo popierdolone, ale ja to lubię. Uwielbiam pchać się w centrum syfu, jak jakiś wiedźmin. Ostatni wiedźmin świata pośredniego.
Ubi sunt qui ante nos fuerunt?
Ano, jedni poszli, przyszli nowi...
Przyjaciele. Namnożyło się ich, jak kurwich synów.
Przyjaciele. Ich jedyną wadą jest wadliwość.
Tak, to właśnie oni. Z posadami, podatkami i białymi chorągwiami.
Tłumy ich.
Mają niezwykłą, niewyjaśnioną tendencję do zawodzenia.
Zżerają ich trendy.
Kwiaty naszych złudzeń i owoce ambicji
z zamiłowania do rozwiązań gotowych
wszak mało komu
że świat jest większy
przyszło do głowy.
przyprowadź mi otchłań, jeśli potrafisz...
na smyczy, posłuszną
haniebną i duszną
szumiącą, jak muszla,
nie pod wiatr - z prądem
nadżartą trądem
głęboką i ciemną
nagą, bezdenną
nieczułą i pustą
wciąż głodną, choć tłustą
sercokamienną
niech będzie oszustką
- woła mędrzec
a Bóg usłuchał
i przyniósł mu lustro
Widzę, że się tu u was nie przelewa...
Koń pod górę, owca beczy, tylko świnia ziewa.
Owoce waszej pracy podlegają instytucji,
zostałyście oszukane, biedne dzieci rewolucji.
Jak galopem spod kopyt ucieka wasze życie?
Ile wam obiecywali, a jak często odmawiali?
Wszystko to dla siebie brali, choć są przecież śmiesznie mali.
tu, tu właśnie, u stóp tyrańskiej władzy.
Odziane w idee, nadzieje, zasady,
wasze czułe nosy zmarzły, nie poznały zdrady.
wszystkie wizje doskonałe, żeśmy są rodziną.
Trzeba znaleźć dziurę w całym, między skutkiem a przyczyną.
Ich iluzje są nietrwałe, nie ufajcie skurwysynom.
Powyższe przemówienie odnosi się do
lektury „Folwarku zwierzęcego” i zrodzone jest z matki Konieczności, zawsze
dziewicy.
Wciągam tabakę, popijam colą,
rozglądam się i widzę: świat ma sześć stron – cztery strony świata, stronę
oficjalną i stronę główną. Ileż trudu zadają sobie poeci, by świat ten zmieścić
w opasłym tomie.
Fryderyk N.
Nad cmentarzem wyrósł żelazny
krzyk trąbki, ciężki metal, który oparł się na półnagich drzewach strząsając z
nich liście i skrzeczące ptactwo.
Swoją barkę pozostawiam na brzegu...
Suchy, zmarznięty głos duchownego
przez chwilę wisiał w górze rozpamiętując przeszłość, później opadł na ponure
mogiły, nie poruszając ich nawet.
Po chwili wróciła cisza. Wszystko
zamarło, jedynie dzieci biegały po ścieżkach, goniąc kasztany i koty. Te
ostatnie przemykały pomiędzy grobami i nikły w marmurowych labiryntach, jak najdalej
od ludzi.
Stałem nieco z boku, obserwując
żałobników i myśląc o Bogu, którego obwiniali. Przy odrobinie szczęścia byli
tylko nic nierozumiejącymi egoistami. Może wszyscy się mylimy.
Zorana żalem ścieżka nie
zatrzymała mnie, poprowadziła do wyjścia i wypuściła na świat, tak jak ujście
wypuszcza rzekę na otwarte morze. Minąłem marznących sprzedawców zniczy,
przydrożne dzieci z zapałkami w bawełnianych rękawiczkach z obciętymi palcami.
Nagle wyrosły przede mną wieżowce i z każdego z okien wylewało się życie,
uchodząc ku niebu, niby dym z komina, gaz z piwa.
Ktoś nagle krzyknął, urywając film: SUMMER i
CHUJ!